Wspinamy się wąską, piaszczystą drogą. Nasz Ford wydaje ciche stęknięcia. Właściwie nie ma szans, żebyśmy mogli wyminąć się z jakimś innym samochodem. Ale w zasięgu wzroku nikogo nie widać. Z trzech stron otaczają nas cytrynowe gaje, przed nami Atlantyk skąpany w ostrym słońcu. Po podłodze samochodu turlają się dojrzałe owoce avocado, w koszu gniotą się słodkie, soczyste pomarańcze, kilka granatów i owczy, delikatny ser. Mamy też pastę z sardynek, produkowaną w pobliskiej przetwórni ryb. Na plaży, u stóp pionowych, czerwonych skał zjemy posiłek. Jest grudzień, kilka lat wstecz, a my na krańcu Europy, moczymy stopy rozgrzane gorącym piaskiem i chłoniemy to piękno, które nas otacza.
Tęsknię do tej zimy w Portugalii, tęsknię do domu na starej farmie, do starych krzewów rozmarynu kwitnących drobnymi fioletowymi kwiatkami. Tęsknię do sardynek pieczonych na plaży, do Lizbony schodzonej wzdłuż i wszerz, w górę i w dół. Tęsknię nawet do roju dzikich pszczół, które w wigilijne przedpołudnie wleciały mi do kuchni przez komin, gdy rozgrzewałam miód i korzenie na piernik. Tęsknię za oliwnymi, poskręcanymi drzewami, za korkowymi dębami, za morskimi jeżami, za zapachem, za smakiem…
Dzisiaj miało być o piernikach, które dojrzewają w słoju na kuchennym parapecie. Jak mogę pisać o piernikach, pierogach i sianku, gdy Maryję (lat pięć) dopadła gorączka i zapłakuje się pod kołdrą, kto jutro utuli Dzieciątko na przedszkolnych jasełkach? A starsza, konferansjerka i skrzypaczka na przyszłowtorkowym szkolnym koncercie, usłała podłogę swojego pokoju zwitkami zużytych chusteczek i zamiast szlifować „Przybieżeli do Betlejem” na kapryśnym instrumencie, jakim przecież są skrzypce, zwłaszcza w rękach początkującej artystki, leży pod kocem i zapewnia głosem słabym, że nic jej nie jest. Nie wspomnę o najmłodszej, kaszlącej mojej córeczce, bo nikt już pewnie tego czytać nie może, bo wszyscy kaszlemy i kichamy. Dlatego myślę o oceanie, o cytrynowych gajach, o zimie pod niebem słonecznym i o jutrze, bo wciąż bez odpowiedzi zostaje pytanie, kto utuli Dzieciątko?

avatar Beata Lipov

Dziennikarka, zawodowo piszę i fotografuję. Na zamówienie urządzam wnętrza, przeprowadzam metamorfozy, robię coś z niczego, inspiruję i motywuję kobiety, prowadzę warsztaty kulinarne, craftowe i fotograficzne. Założyłam i niezmiennie z przyjemnością piszę blog Lawendowy Dom.

Zapraszam

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

ojej..mogę tylko życzyć szybciutkiego powrotu do zdrowia…Ale miło jest mieć takie wspomnienia, które w szary grudniowy dzień przenoszą nas w ciepłe strony przeszłości..

BEATKO
JAK TO FAJNIE NAPISAŁAS,ŁEZKA MI SIE W OKU ZAKRECILA I POSTANOWILAM ZE NAPISZE DO CIEBIE.ZAGLĄDAM TUTAJ CZESTO LECZ DOTYCHCZAS BEZ ŚLADU.DZIS WYCHODZĘ Z UKRYCIA BO TAK SAMO JAK TY TESKNIE DO KRAJU SKAPANEGO SŁONCEM-GRECJA SANTORINI.A TO CO CZYTAM DZIS U CIEBIE TO JUZ WOGÓLE SZCZYT MYCH MARZEŃ…CIEPŁO-POMARAŃCZE-LIMONKI I SŁONCE KTORE KOCHAM ROWNIE PIEKNE ŚWIETA ZE SŁONECZNĄ OPRAWĄ.POZDRAWIAM.ŚWIETNIE PISZESZ SWIETNE PRZEPISY I KSIAZKI.POZDRAWIAM.

Czasami takie piękne wspomnienia sa niezbędne, zeby przetrwać trudne chwile. A Twoje z drzewkami pomarańczowymi, rozgrzały i mnie w ten mroźny dzień. Dużo zdrowia dla Was wszystkich.

Zdrowia dla Was wszystkich! A zima w ciepłych krajach to wspaniałą rzecz, ale akurat na Święta lubię wracać do nas:)

Dużo zdrowia! Polecam syrop z cebuli i miodu, może troszkę złagodzi te kaszle i katary.
Ja teraz bardzo tęsknię do lata…

Tulę mocno Wszystkie Zasmarkane Istoty…:*:*:*:*
Zjadajcie prędziutko te wszystkie cytryny i katary pójdą precz…!!!
Ściskam najmocniej:)

Kochane, boskie jesteście. Wieści z ostatniej chwili, Józef też chory… Dziękuję, dziękuję i mocno ściskam

Mamusia… mamusia utuli! "przecież mamusie nie cholują… plawda"…
Zdrówka życzę.

Co prawda, pewnieście dawno uzdrowieni przedświątecznie, i moje życzenia to taka musztarda po obiedzie, ale przeczytałam dziś na fali wędrówek poblogowych.
Pozdrawiam serdecznie i od serca.